Elbrus, czyli europejska Mekka Freeride'u Skład: Radziu, Tost, Bartas i Kuba a.k.a Perełka Trasa: Szczecin - Kraków - Kijów - Harkov - Mineralne Wody - Terskol - Mineralne Wody - Moskwa - Mińsk - Warszawa - Szczecin Termin wyjazdu: 20 kwiecień - 5 maj 2007 Panorama Kaukazu, widok z Elbrusa Północny Kaukaz. Elbrus i Czeget, czyli dwie góry, na których zbocza co roku spadają setki tysięcy hektoton świeżutkiego puchu. Jazda w takich warunkach to prawdziwy raj dla snowboardzistów - odległy zaledwie o 3 i pół dnia podróży. Podjęliśmy to wyzwanie i wsiedliśmy w pociąg który zawiezie nas do Kabardyno-Bałkarii, krainy położonej w Rosji, kawałek za Morzem Czarnym. Podróż zaczęliśmy z końca Polski. Wsiadamy z Tostem w Szczecinie do pociągu. Kierunek Kraków. To pierwszy etap podróży. Na tym odcinku nawet nie myśleliśmy o tym ile czasu nam zostało. W zasadzie pierwsze 10 godzin to tylko dojazd na dworzec, z którego rozpocznie się właściwa część podróży. Czas szybko zleciał i nim się obejrzeliśmy już dojechaliśmy. Korzystając z tego, że jesteśmy w Krakowie umówiliśmy się z naszą dobrą koleżanką Eweliną. W Kraku poznajemy także pozostałą część ekipy - Bartasa i Kubę. Trochę dziwnie wyszło, bo planując wyjazd chętnych było co nie miara, ale stopniowo wszyscy się powykruszali i zostaliśmy tylko ja i Remik. Wyjazd znalazł się pod wielkim znakiem zapytania, ale z pomocą pojawił się Internet. Całkowicie przypadkowo poznaliśmy trzeciego zapalonego snowboardziste Bartasa, a także narciarza Kubę, który szybko został mianowany "Perełką wyjazdu", ale o tym później :). Akurat mieliśmy godzinę aby zdążyć na pociąg do Kijowa, więc zasiedliśmy sobie w Galerii Krakowskiej na browarku. Wszyscy bardzo pozytywnie nastawieni wsiedliśmy do ukraińskiego "pojezdu" z miejscami sypialnymi. Nastąpiła szybka integracja, browarki poszły w ruch do tego stopnia, że podczas kontroli granicznej chyba z pięć razy musieliśmy poprawiać ukraińskie "karteczku imigracyjne", bo ciągle coś celnikom nie pasowało. Jakimś cudem wpisując losowe odpowiedzi na zadane po ukraińsku pytania podołaliśmy - jesteśmy na Ukrainie. Klimatyczny Kijów Ostro melanżując następnego dnia dotarliśmy do Kijowa, gdzie pojawił się problem jak by tu kupić bilet na dalszą część podróży. Bardzo uczynne okazały się lokalne kijowskie dziewczęta, które we wszystkim nam pomogły :). Mamy bilet do Harkova, miasta które można uznać za półmetek podróży. Idealnie się złożyło, bo mieliśmy jeszcze kilka godzin do pociągu więc szybko zostawiliśmy bagaże i wyruszyliśmy na podbój stolicy Ukrainy. Na dworcu Dwie Natasze poznane w Centrum Kijowa :) nietypowe wrażenie robią babuszki sprzedające różnego rodzaju produkty: kiełbasy, orzeszki czy np. słoninę. Lokalny rekonesans i już kierujemy się w stronę metra do centrum. Jak sobie z Perełką zaczęliśmy zjeżdżać po poręczy, to skończyło się tak, że nadziałem się na schody ruchome i do tego całkowicie wypadł mi palec ze stawu. Jakimś cudem udało mi się go tam wsadzić z powrotem, na szczęście nie złamany - byłaby niezła lipa, ale i tak przez cały wyjazd i kolejny miesiąc miałem z tym problemy. Wsiedliśmy w to metro i wychodzimy w bardzo ładnym miejscu. To centrum miasta, żywe i kolorowe, pełno interesujących ludzi. Poznaliśmy wiele uroczych dziewcząt, z których zdecydowanie najlepsze wrażenie zrobiła na nas pewna Natasza :). Poza tym, trafiliśmy na pokazy breakdance'a a kawałek dalej na Placu Niepodległości skaterzy katowali różne tricki na deskorolkach. Uwielbiam takie klimatyczne miejscówki. W drodze powrotnej znów trafiliśmy na Nataszę. Szkoda, że nasz pociąg odjeżdża tak szybko, no ale misja snowboard wzywa. Wsiadamy w pociąg do Harkowa. Docieramy na Kaukaz Dwa wierzchołki Elbrusa (5621m i 5642m ) Nie tylko w tym, ale i każdym innym pociągu poznawaliśmy ciekawych ludzi, warto dodać, że ze znaczną częścią z nich piliśmy :). W Harkowie zwiał nam pociąg do Rostowa, ale jakimś fartem okazało się że jest inny, w dodatku bezpośredni do Mineralnych Wód. Szybkie bistro, lokalna zupa no i w drogę. Trafiliśmy chyba do najlepszego wagonu. Sprzedawczyni, u której kupowaliśmy piwo, spytana czy ma otwieracz powiedziała "A wy odkryć neumiete?" po czym otworzyła nam bronxa o kant swojego przenośnego stolika :). W przedziale jechaliśmy z parką, ich córka Alexia potrafiła kciukiem dotknąć ręki i wygiąć palce o 180 stopni do tyłu :). Ale i tak najlepsze było to jak Perełka przegrał koszulkę w zakładzie z dwiema panienkami o to ile mają lat :)). Piliśmy, bawiliśmy się, gadaliśmy, kupowaliśmy żarcie u babuszek na stacjach. Dzięki takiemu klimatowi, doba w pociągu minęła szybciej niż półgodzinny przejazd miejskim autobusem, gdzie wszyscy patrzą za okno i nikt nic nie mówi ;) Dotarliśmy do Mineralnych Wód. Zimno, pada deszcz i ciemno, bo jest wcześnie rano. Od razu dopadła nas mafia przewozowa, ale stwierdziliśmy, że trzeba się najpierw ogarnąć, coś zjeść, zamienić dolce na ruble i wtedy pomyślimy się co dalej :). Na dworcu jest kilku milicjantów, wyraźnie szukających pretekstu do łapówki, na szczęście jak przyczepili się do nas, skończyło się tylko na wpisaniu do czegoś na wzór dworcowej Księgi Gości :). W Mineralnych Wodach ze znalezionych kilku banków, tylko jeden akceptuje zużyte lub stare dolki, których nie za wiele, ale niestety trochę mamy. Śmieszne są wejścia do niektórych kantorów, gdzie na hasło "dolery" otwierane są drzwi i wchodzi się do malutkiego zamkniętego pomieszczenia do obsługi indywidualnej :). Próbując wynegocjować korzystniejsze warunki wymiany starych banknotów, usłyszeliśmy tylko "Netargowat, to je bank". Nasza hopa na Czegiecie Transakcja kosztowała nas 10% prowizji. Na wszelki wypadek kupujemy już bilet do Moskwy typu "płackarta" (wyższy standard, "kupe" jest 3 razy droższy). Można jechać do Terskola. Stargowaliśmy cenę z początkowych $100 od osoby na tyle samo, ale za wszystkich :). Po niespełna 3 godzinach w busiku znajdujemy się na miejscu. Jako że byliśmy całkowicie pozbawieni koncepcji "co dalej", zagailiśmy z naszym driver'em czy wie gdzie można znaleźć jakąś "nedragają gostnienicę". Na to on wyjął telefon, zadzwonił w dwa miejsca i wysadził nas przy losowym budynku w Terskolu. Na wstępnie przywitała nas przemiła babuszka z gospodarzem, oboje w okolicach 70-tki. Mamy całą chatę do dyspozycji, dwa pokoje, kuchnia i łazienka, a najlepsze jest to, że drzwi obok mieszka Lisa i Sasza - współpracujący z Rossignolem, najbardziej znani wymiatacze freeride'owi w całym regionie, a do tego dwójka najlepszych przewodników po tutejszych górach. No to jesteśmy ustawieni :). Nasz GPS wskazuje, że znajdujemy się na wysokości 2165 m. Niestety była już pora popołudniowa, więc pierwszego dnia sobie nie pojeździmy. Wzięliśmy zasłużony po przeszło 3 dniach prysznic i wybraliśmy się na spacer do Azau odległego o jakies 40 minut na pieszo. Po drodze natrafiliśmy na stare radzieckie działa którymi dało się sterować i regulować kąt lufy :). Pod wyciągami spotkaliśmy Felipe z Belgii, trochę z nim pogadaliśmy o warunkach śniegowych, powiedział, że ma ze sobą narty, ale głównie zależy mu na zdobyciu Elbrusa. Do drugiej połowy kwietnia tego roku ze względu na trudne warunki atmosferyczne, nikomu jeszcze się nie udało wejść na szczyt, ale już w najbliższych dniach zapowiadano poprawę pogody. Podczas naszego spaceru wszyscy czuliśmy się dość dziwnie, lekki ból z tyłu głowy - pierwsze objawy przebywania trochę dłużej na wysokości powyżej 2000m. W mieszkaniu bujało prawie tak jak na statku. Zdejmując buty przewróciłem się na łóżko :). Może to po części efekt zmęczenia po długiej podróży, ale wydało się to nam dość dziwne. Następnego dnia było już OK. Snowboard na Elbrusie Wtorek, pierwszy dzień jazdy. Mieliśmy co prawda zająć się dziś registracją, ale zamiast tego wsiedliśmy w taksówkę do Azau i wylądowaliśmy tuż u podnóża Elbrusa. Popełniliśmy pierwszy błąd, zamiast wsiąść do starej zdezelowanej kolejki pokusiliśmy się na nowopowstałą gondolkę. Okazało się, że 10 zjazdów to koszt 1000 rubli, a do tego wjeżdża ona zaledwie na wysokość 3000m. Heli na bezchmurnym niebie Wyjeździliśmy w czwórkę te zjazdy po czym przerzuciliśmy się na sprawdzoną gondolę z solidnej, radzieckiej stali. Nie wyglądała może najnowocześniej, ale za to wwiozła nas z wysokości 2200m poprzez stację pośrednią 3000m na wysokość 3500m. Pierwszy bilet kupiliśmy w kasie, ale potem okazało się, że z łatwością można przekupić "wyciągowego" i wjechać o 30 rubli taniej. Co też robiliśmy do końca wyjazdu :). Warunki bardzo dobre, szczególnie w górnej części zjazdu, ale trochę słaba widoczność. Kilka zjazdów na rozgrzewkę i można myśleć o freeridzie. Udało nam się znaleźć parę fajnych miejscówek, do których zdecydowanie najlepszy był zjazd po świeżym puchu w jednym ze żlebów pod koniec dnia. Wymagało to trochę podejścia, a bez dłuższej aklimatyzacji przejście 150 metrów zajęło nam z 20 minut. Spotkaliśmy tam kilku gości z jakiegoś Rescue Teamu, ale chyba mieli moment zwątpienia i powiedzieli, że zjadą za nami. Bardzo ładna trasa, miejscami kamulce, ale były na tyle duże, że dało się je bez problemu ominąć. Pierwszy udany dzień mamy za sobą. Pogoda taka niewinna (mgła), więc zamiast użyć filtru UV zastosowałem zwykły krem ochronny. Efekcie po zaledwie paru godzinach jazdy hardcore'owo spiekłem twarz - nikomu tego nie polecam, przez parę dni nie da się jej dotknąć i ogólnie straszne z tym były problemy. Tak więc jak powtarza mama "Zawsze smaruj twarz kremem z filtrem, synku", przynajmniej w górach powyżej 3000m ;). Wieczorem dotarliśmy na jedyną imprezę w okolicy w hotelu Czegiet. Potem chodziliśmy już tam codziennie :). Klimat jak w stołówce zakładowej, ale jak przybędzie trochę ludzi, pojawi się mooza a nad barem filmiki snowboardowe to przeistacza się to w naprawde nietypową, całkiem przyzwoitą bibę, gdzie ponad połowa to ludzie wkręceni w klimat snowboardowy. Nam zdecydowanie przypadło do gustu :) Na Czegiecie z przewodniczką Lisą. W tle Elbrus Dużo bardziej z konieczności niż z ochoty, następnego dnia musieliśmy się wybrać do OVIRu, czyli posterunku meldunkowego. Jest to standardowa procedura dla wszystkich cudzoziemców wjeżdżających do Rosji i ma się na to 3 dni od momentu przyjazdu. Wynegocjowaliśmy cenę 800 RUB za transport do Turnauz (najbliższy OVIR). Typowy krajobraz w tej mieścince to wielki rozpadający się blok i piękne szczyty w tle. Cała procedura trochę trwa, ale przebiega sprawnie i za 220 RUB mamy 4 osoby zarejestrowane. Można wracać na stok, tym razem na sąsiednią górkę - Czegiet. Tego dnia niestety za dużo się nie najeździliśmy, a że pogoda była idealna to zmontowaliśmy hopę trochę powyżej górnej stacji na świeżym puchu (GPS Perełki wskazał 3096m). Tost dostąpił zaszczytu rozdziewiczenia, potem wszyscy skakaliśmy dowoli i lądowaliśmy w mięciutkim puchu. Perełka, nasz narciarzyk, podczas jednego lotu tak poszybował, że wybił sobie bark, który potem nastawiał na imprezie :). W międzyczasie usłyszeliśmy dwa bardzo głośne huki, początkowo brzmiące jak samolot odrzutowy, okazało się że to lawiny na sąsiedniej górze. Widoczność się zepsuła do tego stopnia, że ostatni zjazd zajął nam około godziny. W dolnej części trasy nic nie było widać, żadnych śladów i tylko walkie-takie uchroniło nas przed zgubieniem się. Jakoś dotarliśmy - prosto do baru na soljankę, najlepszą zupę jaką można sobie wyobrazić ;). Kolejne dwa dni, czwartek i piątek trafiła nam się idealna pogoda. Dużo zjazdów poza trasami, śmigaliśmy różnego rodzaju żlebikami i niedostępnymi miejscami widocznymi tylko z wyciągu. Wspaniały krajobraz z Elbrusem i okolicznymi górami w tle. Jeździliśmy cały dzień non-stop, nieodłącznie z idealną widocznością i bardzo dobrymi warunkami na freeride. Wróciliśmy totalnie wykończeni, ale nie stało to na przeszkodzie, aby coś wypić, pograć w pokera i uderzyć na imprezę. Następnego poranka umówiliśmy się na freeride z Lisą - niemiecką przewodniczką zza ściany. Freeride z bajki przez wielkie F W piątek rano nie wiedziałem jeszcze, że ten dzień przejdzie do historii. Cieżko było wstać, ale w końcu się zebraliśmy i pojechaliśmy z Lisą na Czegiet pod wyciąg. Zrobiła nam szybki kursik lawinowy, zasady podjeżdżania Najlepszy freeride w Europie do grupy stojącej poniżej - travers, nigdy nie jeździć nad grupą, w ten sposób łatwo podciąć lawinę i zmieść wszystkich, jazda jeden za drugim i tego typu sprawy. Poza tym, dowiedzieliśmy się jak działają pipsy oraz jak używać ich do poszukiwania osób pod śniegiem. Na znalezienie osoby zasypanej przez lawinę mamy na to tylko parę minut. Sygnał pipsów jest zakłócany przez komórki i krótkofalówki, z tego względu należy te urządzenia wyłączyć. Szybka kawka i ciacho na górnej stacji góry i w drogę. Przed nami spore podejście w stronę szczytu. Odległość niewielka, ale wysokość i głęboki śnieg robią swoje i trzeba iść powoli, albo robić co kilkanaście metrów postój. Brak nam tchu, ale wizja zjazdu po całkowicie nienaruszonym gigantycznym białym polu powoduje, że pojawiają się dodatkowe zapasy energii aby iść w górę. Po około pół godziny docieramy do miejsca, z którego widać już tylko setki tysięcy ton nienaruszonego śniegu rozłożonego na przestrzeni paru kilometrów. Widok niesamowity, w sumie nigdy jeszcze nie widziałem lepszych warunków do jazdy, nawet na filmie. Czując w przełyku smak adrenaliny rozpoczynamy zjazd. Tego uczucia nie da się opisać - nawet o czymś takim nie śniłem. Podczas kilkukilometrowej przeprawy różnymi przełęczami i żlebami, nad i pod skałkami, między śladami po lawinach, zrozumiałem co tak na prawdę znaczy słowo "freeride". To był zjazd życia. Nawet dla tego jednego zjazdu warto było przyjechać na Kaukaz. A jeszcze wiele przed nami :). Nasza trasa zakończyła się w miejscu, z którego musieliśmy jeszcze około pół godziny podejść do dolnej stacji wyciągu. Szło się łatwiej, bo płasko i nisko, a trasę urozmaicały różne strumyczki i inne ciekawe widoki. Pora na drugi zjazd, tym razem podejdziemy jeszcze wyżej. Szło się łatwiej, mimo tego, że końcowy odcinek to było w zasadzie chodzenie po skałach, co w butach snowboardowych z deską jest prawdziwym wyzwaniem, ale daliśmy radę. Podejście zajęło tym razem około godziny, ale dotarliśmy znacznie wyżej. Kolejna nowa trasa i to właśnie my, po raz kolejny, zjeżdżamy z niej jako pierwsi. Uwielbiam to uczucie. Lisa wynalazła bardzo ciekawy szlak, tym razem bardziej stromym zboczem. Trasa bardzo podobna do poprzedniej. Na pytanie czy warto było brać przewodnika, odpowiedź znalazła się sama. Po naszych poprzednich śladach, które przecinaliśmy może ze 2 godziny później zeszła średniej wielkości lawina, według Lisy mogłaby być niebezpieczna. Grunt to być w dobrym miejscu o dobrym czasie ;). Zjechaliśmy dość stromym i wąskim żlebem, raczej trzeba było się osuwać niż zjeżdżać i to jedyny minus tego zjazdu. Niestety już nie wyrobiliśmy się na trzeci zjazd, bo jednak wliczając wjazdy i podejścia to każdy zajmuje kilka godzin. Zasiedliśmy z Lisą w barze pod wyciągiem. Zaskoczeniem było usłyszeć, że Elbrus zdobyła już przeszło 70 razy. Lisa pochodzi z Niemiec, ale od 15 lat mieszka na Kaukazie i razem z mężem zdobywają sobie okoliczne szczyty. Cały dzień na podejście tylko po to aby zaliczyć jeden zjazd. Opowiadała też o swoim dwutygodniowym podejściu na Pik Lenina, góry położonej na granicy Tadżykistanu i Kirgistanu o wysokości 7134m. A kondycję ma taką, że gdy my zdychaliśmy przy podejściu ona tylko wesołym głosem "What's up guys?" ;) Wjazd ratrakiem do Priuta 11 W sobotę wezbrał większy ruch na Elbrusie, a co za tym idzie została uruchomiona kolejka na 3800m tuż pod barrelsami, czyli beczkami po paliwie rakietowym, w których zalecany jest kilkudniowy pobyt aklimatyzacyjny przed zdobyciem szczytu. Ustawiliśmy się na stoku z Sebą i jego znajomymi, druga ekipa z Polski, którą poznaliśmy jeszcze przed wyjazdem przez Internet. Zaliczyliśmy parę zjazdów na górnej stacji w przedziale 3500 - 3800, dało się co nieco pośmigać pod wyciągiem, ale śnieg był trochę gorszy niż ostatnio, a trasy rozjeżdżone. Mimo słabej widoczności, zdecydowaliśmy się wynająć ratrak. Niestety ze względu na trudne warunki i olodzenie w wyższych partiach (jeszcze przed Skałami Pastuchowa) udało się wjechać tylko do spalonego schroniska Priut 11 na około 4100 metrów. Na tej wysokości czuć było już brak powietrza. Ostro wybierało :). Podczas samego zapinania wiązań można było się zasapać. Szkoda, że słaba widoczność, ledwo dało się dostrzec ruiny schroniska, a co dopiero przeciwległe szczyty ;). Ale i tak było warto, żeby chociaż odczuć tą wysokość i to zimno :). Ważna rzecz - należy trzymać się plus minus jakieś 20 metrów od śladu jaki zostawia ratrak ze względu na występowanie niebezpiecznych szczelin lodowcowych na tej wysokości. Uroki Kabardyno-Bałkarii Zjechaliśmy prosto do naszego ulubionego baru gdzie pracowała Fatima - urzekająca Kabardyno-Bałkarska dziewuszka ;)). Tego dnia ostro tam zabalowaliśmy. Rodzinka Fatimy wraz ze wszystkimi ciociami nas wkręciły do zabawy, a na koniec przed wyjściem jeszcze gospodarz nam polał po kielonie i dał kawałek zawiniętego naleśnika oraz cytrynkę do Skałki na górnej stacji Czegiet zagryzienia. Prawdziwa Kabardyno-Bałkarska gościnność, na prawdę ciężko było nam się z stamtąd wydostać gdy rozpoczęły się tańce :). Wieczorem tradycyjnie impreza. Tostu stwierdził, że wyłamujemy się pijąc browary, bo wszędzie dookoła piją wódę. Gdy dowiedzieliśmy się, że flaszka 0.5 wraz z cytrynką i cukrem (ciekawy sposób picia, swoją drogą) kosztuje jedynie 220 rubli to nieźle zaimprezowaliśmy... Co było do przewidzenia, następnego dnia nieco zaspaliśmy, więc zdecydowaliśmy uderzyć na Czeget, bo tam na ogół są mniejsze kolejki. Udało się trochę pojeździć. Zaskakujący był zasięg naszych walkie-talkie, mogliśmy dogadać się z Sebą, który był akurat na odległym o dobre kilkanaście kilometrów Elbrusie. Po zamknięciu wyciągów chcieliśmy trochę pomęczyć naszą hopę, ale po zaledwie kilku skokach przyczepił się do nas jakiś koleś od wyciągów, mówiąc że jest ostatni i wszyscy musimy zjechać przed nim. Trochę lipa, ale nie dało się nic z tym zrobić, uparcie przez dwadzieścia minut powtarzał to samo. Przejazd we mgle Beczki po paliwie rakietowym, 3800m W poniedziałek, przedostatni dzień jazdy zdecydowaliśmy się jeszcze raz wynająć przewodnika. Tym razem była to Svetlana polecona przez Lisę. Jako że zabrało się z nami jeszcze parę osób, pojechał też z nami jej mąż. Głównym problemem był dojazd do miejsca gdzie się umówiliśmy, gdyż akurat wypadło jakieś rosyjskie święto i wszędzie były gigantyczne kolejki. Trwało to może z dwie godziny i takie też mieliśmy opóźnienie. Spotkaliśmy się w barze na 3500m. Tak jak ostatnio, dostaliśmy sprzęt antylawinowy no i w drogę. Poza nami i przewodnikami było jeszcze kilka osób. Rosjanka i Francuz, proriderzy oraz jeden zawodowy fotograf Jerome Wilm, który kiedyś jeździł dla A-Snowboards, a teraz współpracuje z Nike i trzaska im fotki jeżdżąc po Świecie. Dobry klimat do nowych inspiracji ;)). No to jedziemy. Podejście do zjazdu to tylko 10 minut od górnej stacji wyciągu na 3800m. Nic nie widać, tylko śnieg i niebo, granica między którymi w połączeniu z dużą mgłą praktycznie była niewidzialna. Dziwny zjazd, momentami nie można było określić czy ktoś znajduje się niżej czy wyżej - nietypowy efekt. Błędnik na prawdę ostro zawodził. Każdy co chwilę się gdzieś wywracał, bo przykładowo coś co zdawało się być uskokiem, w rzeczywistości było podjazdem i tak na zmianę. Łatwo było się zakopać w śniegu, a trudno określić kąt nachylenia zjazdu. Jadąc można odnieść wrażenie że się stoi i kolejna gleba. Nie sądziłem, że aż do tego stopnia :). Zjazd był podzielony na dwie części. Ta druga była bardzo techniczna, ale za to malownicza. Przejazd przez urwisko, skały z obu stron, po lewej stronie potok górski i szeroka na dwa metry ścieżka którą trzeba zjechać. Klimat jak w baśni braci Grimm - majestatycznie z wielką niewiadomą, co będzie dalej. Uroku dodawały masywne skały, które sprawiały wrażenie, że w każdej chwili jakiś kawałek może się odłupać. Niestety miejscami trzeba było się odpiąć i przejść kilkadziesiąt metrów po kamulcach w strumyku uważając na zapadający się śnieg. Ciekawe doznanie, ale bardziej można to potraktować jako jednorazowe zjawisko :). Wieczorem kolejna impreza na której spotkaliśmy naszą ekipę ze zjazdu, szkoda że to ostatni dzień, bo można by jeszcze długo imprezować w podobnym klimacie. Super ludzie i tysiące tematów do rozmowy. 24h w pociągu do Moskwy Trudno uwierzyć, że to już nasz ostatni dzień. Mamy zamówiony transport do Mineralnych Wód na popołudnie, można chociaż te pół dnia pośmigać. Na pożegnanie spadło nam w nocy kolejne pół metra śniegu, chyba po to, abyśmy dobrze zapamiętali Kaukaz :). Jeździło się idealnie nawet na trasie, a zjazdy pod wyciągiem i poza trasami to już bajka, każdorazowo nowy ślad. Pożegnaliśmy się z naszymi znajomymi z Polski i wyruszyliśmy na ostatni zjazd, azymut na wioskę Czegiet wymierzony na oko, ale w razie czego Perełka miał GPS'a. Trasa prawie że porównywalna do przejazdu z Lisą parę dni temu. Cały czas idealny śnieżek, nachylenie stoku w sam raz i do tego gdzieniegdzie przeszkody terenowe, w postaci kamulców, a w niższych partiach odkryte powierzchnie z trawą. Na dole co prawda śnieg zrobił się już dość mokry, ale była wystarczająca ilość, aby zjechać prawie do końca, jedynie ostatnie paręset metrów trzeba było podejść. Piękny zjazd, idealny na zakończenie sezonu. Dalsza część dnia była mniej przyjemna - musieliśmy wysprzątać całą chatę, bo babuszka zaczynała się niecierpliwić ;). W cztery osoby poszło w miarę sprawnie i akurat na sam czas byliśmy gotowi do podróży powrotnej przez Moskwę. W Mineralnych Wodach mieliśmy trochę czasu na mały posiłek, kupiliśmy jakieś placki i jajko za śmieszne pieniądze, a także browarki na podróż - tym razem będzie to dość długi odcinek. Na szczęście w płackarcie, czyli wagonie bez przedziałów z miejscami sypialnymi. Katedra Św. Bazylego Najlepszy klimat na zawieranie nowych znajomości :). Generalnie pełna kulturka, wagon jest odkurzany dwa razy dziennie, co chwila ktoś chodzi z wózkiem i sprzedaje jedzenie, piwo czy nawet mocniejsze trunki. Na niektórych stacjach można kupić podstawowe produkty, ale niestety nie jest to Ukraina, gdzie prawie na każdym postoju, aż roi się od doskonale zaopatrzonych babuszek. W podróży poznaliśmy sporo ciekawych ludzi z różnych części Rosji (poza nami w całym wagonie byli sami Rosjanie). Na szczególną uwagę zasługuje reakcja jednej babuszki na to jak wyjęliśmy i otworzyliśmy litrowego Nemiroffa. Nie minęło 5 minut jak podała nam na talerzu pokrojone ogórki, pomidorki oraz rosyjską kiełbasę. Po prostu szok totalny :) Szczególnie jeśli mieć na uwadze, że w Polsce często oburzenie wywołuje zwykłe otworzenie browara w przedziale :). "Ja żył w Moskwu" Dotarliśmy do Moskwy, na peronie zgarnia nas przedstawiciel hostelu Godzilla. Dobra opcja z tym pick-up, bo gdybyśmy mieli sami tam trafić po ciemku z bagażami trwałoby to pewnie parę godzin. Znaczne ułatwienie, gdy przyjeżdżamy i wyjeżdżamy z dwóch różnych dworców (jest ich sporo w Moskwie i każdy odpowiedzialny za połączenia w inna stronę Świata). Docieramy do hostelu. Lokalizację mamy nie najgorszą, jesteśmy jakieś 20 minut na pieszo od centrum. Na miejscu spoko klimacik, kilka osób z jakiejś szkoły z Niemiec zwiedzających Moskwę,. trochę globtroterów - młodzi i przyjaźni ludzie. Nie tracąc czasu pierwszą rzeczą o jaką się spytaliśmy były kluby nocne. Obsługa Hostelu poleciła nam impreze "Propaganda". Zdecydowaliśmy się iść na pieszo, podobno nie aż tak daleko. Perełka z przyzwyczajenia wziął GPS'a, który i tak do niczego się nie przydał bo coś nad Moskwą nie chciało mu uchwycić satelity :)). Tak więc sobie szliśmy przez miasto, po drodze mijając dziesiątki Mercedesów S600 i innych tego typu aut. Rekord należy do nieźle wylansowanego klubiku, przed Muzeum Historyczne na Placu Czerwonym którym stało kilkanaście aut, osiem S600 i same najwyższe modele BMW, Audi oraz Lexus. Po drugiej stronie ulicy Hummer wersja limo z przyciemnianymi szybami, a wewnątrz lokalu kolesie w gajerkach z młodymi pannami. Śmietanka moskiewskiego półświatka, pewnie nie jedyny lokal tego typu w mieście :). Dotarliśmy do klubu "Propaganda". Mimo naszego zlajtowanego ubioru nie było problemu z wejściem i do tego za free. Szkoda tylko, że mało ludzi w środku, gdyby nie to byłaby spoko impreza - dobra mooza w klimacie elektrohouse i ciekawy wystrój lokalu. W sumie długo nie zagościliśmy i okrężną drogą wróciliśmy do Hostelu. Następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie stolicy. Na dobry początek przejażdżka metrem, tym razem nie zjeżdżaliśmy po poręczy :). Moskiewskie metro słynie z tego, że linie przebiegają głęboko pod ziemią i jest skrupulatnie wykończone - niektóre stacje robią wrażenie. Warto dodać, że w godzinach szczytu co kilkadziesiąt sekund podjeżdża kilkanaście wagoników i mimo tego, cały czas jest tłok. Jednorazowy przejazd kosztuje 17 rubli, ale nam udało się raz wręczyć łapówkę i wsiedliśmy za dyszkę. Jeszcze z przyzwyczajenia po wyciągach :). Na dworcu okazało się, że nie ma już biletów na wieczorny pociąg następnego dnia i musimy jechać porannym. Dodatkowa motywacja, aby zobaczyć jak najwięcej jednego dnia. Zaczęliśmy od Placu Czerwonego i Katedry Św. Bazylego. Oczekiwaliśmy, że plac będzie nieco większy, ale jak dobrze na to spojrzeć, to wejdzie tam parę czołgów i trochę wojska ;). Katedra wraz z przyległymi do Placu budynkami robi za to bardzo dobre wrażenie. Spacerkiem, zahaczając o McDonald's przeszliśmy w okolice Kremlu. Park, trawniki, fontanny i statuetki bardzo zadbane, widać że władze starają się o dobry wizerunek centrum stolicy :). Widok na Kreml i dwie katedry Idąc dalej przechodzimy przez jedno z najbardziej ruchliwych skrzyżowań jakie widziałem. Miało łącznie 14 pasów, a przebiegnięcie przez nie gdy ruszają samochody to już hardcore ;). Dotarliśmy do Cerkwi Chrystusa Zbawiciela, a stamtąd na most, z którego elegancko widać cały Kreml oraz kilka innych interesujących zabytków. Następne miejsce które odwiedzamy to rekreacyjny park w Moskwie, położony z dala od centrum, bardzo rozległy. Tutaj znajdziemy wszystko, zarówno dużo rozrywki - wesołe miasteczka, stragany, gokarty, a także dziwne przykłady socjalistycznej architektury - pozłacane figurki, przeróżne fontanny, budynki z logiem sierpa i młota czy jakąś stojącą pionowo rakietę kosmiczną z lat 60-tych. Dla każdego coś ciekawego. Dla nas cały ten kompleks to idealne miejsce na relaks i wypicie piwka. Druga część wieczoru to impreza w hostelu, graliśmy z Niemcami w karty, a efekcie trochę późno wyruszyliśmy na miasto. Może to dziwne, ale lekko po drugiej w czwartek ciężko było znaleźć jakąkolwiek imprezę. Skończyło się na nocnej przechadzce po mieście. Wszystkie lokale, kasyna i kluby na maxa oświetlone ale niestety większość pozamykana, a tylko nieliczne otwarte-puste. To nas utwierdziło w przekonaniu, że nie ma to jak imprezy w klubie "Czegiet" na Kaukazie :). Następnego dnia wracamy pociągiem do Warszawy przez Białoruś. Lepiej gdyby był to pociąg z powrotem na Kaukaz. Nie było żadnych problemów z tranzytem, ale i tak nie odważyliśmy się na spacer po Mińsku, chociaż samo miasto z pociągu wyglądało nienajgorzej. Dostaliśmy na granicy kolejny losowy formularz do wypełnienia, gdzie w większości pytań strzelaliśmy, ale przeszło na patencie. Dobijamy do Wawy, spijamy pożegnalne piwko i rozjeżdżamy się w swoje strony. Ciężko uwierzyć że wyjazd odbył się na prawdę, a jeszcze trudniej pogodzić się z faktem, że dobiegł końca i następna okazja na dechę nie prędko. Jeśli tylko znajdą się chętni i będą siły to jedziemy ponownie :) Parę ciekawostek: Babuszkowy kiosk - Dziewczyna poznana w pociągu powiedziała nam, że pochodzi z okolic Moskwy. -"A skąd dokładniej?" -"400km pod Moskwą". To dość dziwne, ale prawie każdy Rosjanin spytany o to samo powie, że jest z Moskwy :)
- Wbrew chodzącym obiegowym opiniom na temat babuszek, są one obecne na większości tras kolejowych, także w Rosji. Można dostać wszystko, od ryb przez piwo do pierogów i drożdżówek.
- Podróż ze Szczecina do Terskola trwała ponad 75 godzin, łącznie spędziliśmy 6 dni w pociągu
- W pociągu bez problemu można kupić piwo, produkty spożywcze czy też mocniejszy alkohol (ale u babuszek taniej)
- Pasące się krowy i kozy, czy nawet konie pomiędzy ruinami budynków bezpośrednio przy drodze to normalka
- Najlepsze zupy to Borsz i Solanka, bardzo nietypowy i intensywny smak, występują w różnych odmianach.
- Picie piwa jest w pełni normalną rzeczą i można to robić gdzie się podoba (z wyjątkiem dworców kolejowych)
- Warto poeksperymentować ze wszystkimi lokalnymi potrawami, są bardzo oryginalne i przede wszystkim smaczne np. Chicziny z Mjasom (coś jakby wielki pieróg z mięsem),
- Rosjanie są bardzo gościnni i towarzyscy, łatwo zawiera się nowe znajomości i poznaje interesujących ludzi
- Dając łapówkę zamiast biletu nie trzeba mieć odliczonej kwoty. Gdy damy 1000 i powiemy "za dwóch" otrzymamy 900 rubli reszty
- Babuszka poinstruowała nas aby w mieszkaniu wrzucać papier toaletowy do kosza stojącego obok kibla :)
- Kuba, nasz narciarz, czyli jak to określił Bartaz "Perełka wyjazdu", tańcząc z ciocią kelnerki spytał "Gdzie jest toaleta?"
Kilka informacji Waluta lokalna: 1 RUB = 1 Rubel = 100 kopiejek Termin wyjazdu: 20 kwiecień - 5 maj 2007 Czas trwania: 16 dni Całkowity koszt wyjazdu: ok. 2600 zł Dolar to druga waluta w Rosji (kto wie czy nie pierwsza). Większość kantorów ma bardzo korzystny kurs wymiany, z bardzo małym spreadem rzędu 25.20-25.45. Warto więc wziąć dolce :) Trasa naszego przejazdu Kurs waluty (maj 2007) 1 RUB = 0.11 PLN 1 USD = 25 RUB 1 PLN = 9 RUB Przykładowe ceny: Transport i noclegi Bilet sypialny na trasie Przemyśl - Kijów 160 zł Bilet na trasie Kijów - Harkov 56 UAH (ok. 33 zł) Bilet płackarta na trasie Mineralne Wodi - Moskwa 1523 RUB Przejazd z Mineralnych Wód do Terskola $100 za 4 osoby Nocleg w mieszkaniu wynajętym od babuszki 300 RUB / os / noc Taxi między Azau, Tersol i Czegiet: flat-rate 100 RUB Nocleg w hostelu Godzilla w Moskwie $25 ~ 725 RUB / os Pick-up z dworca w Moskwie 200 RUB / os Usługi i atrakcje Wjazd wyciągiem 80 RUB (lub 50 RUB łapówka) Karnet całodzienny na wyciąg 450 RUB Wjazd ratrakiem do PRIUT 11 na wysokość 4100m 400 RUB Wynajęcie przewodnika na cały dzień, w cenie pipsy i łopaty 1000 RUB / os Bilard w "Czegiecie" (1h) 200 RUB Gokarty w Moskwie 250 RUB Jedzenie i napoje Pasztet w sklepie 30 RUB Cola 0.33 w sklepie 12 RUB Piwo w sklepie 18-25 RUB Piwo w kafejkach i restauracjach koło stoku 30 RUB Piwo na imprezie w hotelu "Czegiet" 40 RUB Małe piwo na imprezie w Moskwie 50 RUB Barani szaszłyk 120 RUB Zupa Soljanka, Barszcz 70 RUB Flaszka 0.5 z cytrynką i cukrem na imprezie 220 RUB Pierożki z mięsem (tłuste, bardzo dobre ciasto) 40 RUB Placek w Mineralnych Wodach na dworcu 8 RUB Zapraszam także do obejrzenia fotek dostępnych w dziale foto Views: 5867
Written by perełka, on 06-06-2007 02:08 no no w koncu powstała relacja :) jest pare niescisłosci ale nie mam narazie czasu bo sie ucze... jutro cos wiecej napisze pzdr |
Written by Ciawarez, on 06-06-2007 14:50 Chłopaki - i tak macie wpierdol ;) Nie weim juz czy za karę czy w nagrodę ale na pewno Wam się należy! Jeszcze raz wilekie gratulacje! Zrobimy poprawiny w 2008 ;) |
Written by 10, on 06-06-2007 17:27 "Perełka z przyzwyczajenia wziął GPS'a, który i tak do niczego się nie przydał bo coś nad Moskwą nie chciało mu uchwycić satelity :))" buehehehe istna perełka :D za 300 dni back to the future :] |
Written by Bartas, on 13-06-2007 15:48 Ziomki, przeczytałem ten opis i po pierwsze: 1)Radziu dziękufka za opis, zajebiście wyszedł!!!! po drugie: 2)Qrde Zoimy jak nie odpalimy tego w następnym roku to sezon nie będzie sezonem i to nie tylko chodzi o Kaukaz (chociaż głównie:)))) ale o cały klimat i całą Naszą Ekipę!!!! Ziomki WIELKA DZIĘKUFKA RAZ JESZCZE!!!!A jak sobie przypomne co się działo chwile póxniej w Poznaniu na zlocie......hahahahahahah |
Written by krzysiek, on 11-11-2007 14:26 Proszę o kontakt Chciałbym dowiedzieć się kilku szczegułów
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
|
Written by chmielu, on 06-01-2008 21:35 mozna jakis kontakt z wami nawiazac....??? \n Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć |
Written by Bartazzzzz, on 06-11-2008 11:15 kontakciwo?!??! www.lajcik.net no i podstawa: ESA SNOWBOARDS, mój priv:
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
|
Written by swirzasty, on 29-12-2009 02:58 kozacka eskapada.zazdroszcze.pozdro z dąbrowy górniczej |
Written by NIEZNANY, on 02-03-2010 11:38 Trochę błędów z rosyjskiego ale, to nic... |
|
- Aby dodać swój komentarz wypełnij poniższe pola
| |