Na dole zielona trawka, a na górze dwa metry śniegu... Tradycyjne stroje austriackie Snowboard latem? Nic nie stoi na przeszkodzie, wystarczy tylko znaleźć chętnych, którzy zamiast wylegiwać i opalać się na plaży wyjmą z pod łóżka zakurzoną deskę oraz pozostały sprzęt snowboardowy. Pomysł pojawił się w połowie lipca, czyli dość nietypowej jak na ten sport porze roku. W sam raz opcja by inaczej niż zwykle spędzić upalne lato. Miała to być w gruncie rzeczy wycieczka na południe Europy, której celem poza obejrzeniem kilku miejsc będzie pośmiganie na snowboardzie. Zebraliśmy się dwoma autami, rodzina i znajomi, znaczna większość to niestety narciarze, więc tylko ja z Wojtasem mieliśmy wspólny temat do jeżdżenia :). Wyjeżdżaliśmy ze Szczecina a co za tym idzie, najlepszym rozwiązaniem było skorzystanie z niemieckich autostrad, by już wieczorem tego samego dnia znaleźć się w Austrii. W tą stronę mieliśmy szczęście, gdyż na całym ponad 1000km odcinku nie było większych utrudnień ani spowolnień ruchu. Pierwsza zła wiadomość na temat Austrii - bez rezerwacji ani większych poszukiwań hotele potrafią być dość kosztowne, my średnio płaciliśmy w okolicach €35 za noc. Z innych doświadczeń wiem, że zabukowane wcześniej miejscówki, nawet w sezonie, rzadko kiedy kosztują powyżej 20€ za noc, przy około 6-cio dniowym pobycie. Lodowiec Hiuntertux Austriackie lodowce Cały lipiec 2004 był bardzo pogodny, ale dzień przed Hintertuxem wezbrała maksymalna jaką sobie to można wyobrazić na tą porę roku ulewa. Padało non stop, przez całą noc i następnego dnia rano, gdy już jechaliśmy na wyciąg. W sumie wszyscy straciliśmy nadzieje, że na górze jest jeszcze jakikolwiek śnieg. Idąc od samochodu do kasy kupić skipass musiałem użyć snowboardu jako parasolki, przy czym i tak prawie całkowicie przemokłem. Kupiliśmy skipass na jeden dzień (32€) no i wsiedliśmy do gondolki. Pada, ale jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się dostać na "ten cały lodowiec". Podjazd był trzy etapowy, o ile się nie mylę z jedną przesiadką i jedną możliwością wysiadki na wcześniejszym poziomie. Jesteśmy na Hintertuxer Gletscher na wysokości 3250m. Warunki na górze są idealne, na oko jakieś 60cm świeżuteńkiego puchu, tak tak, cały ten deszcz poniżej 2500 metrów spadł tutaj jako śnieg :)). A pod puchem solidna warstwa ubitego śniegu, nie wiem ile dokładnie ale podejrzewam, że zgodnie z informacją cała pokrywa mogła mieć w okolicach dwóch metrów. Rewelacja, jeździło się lepiej niż kiedykolwiek - chyba nigdy wcześniej nie trafiłem na tak dobre warunki do jeżdżenia, nawet w środku sezonu w Alpach. Zarówno pod względem śniegowym a także dostępności wyciągów - ludzie chyba nie wiedzieli o tym, że spadło tyle śniegu, bo w ogóle nie było kolejki, może co piąta gondolka Soczenka na Stubai była zajęta. Poza amatorami sportów zimowych było też sporo turystów "na pieszo". Szczególne moje zainteresowanie wzbudziła około 15 osobowa ekipa (wyglądali na rejon Bliskiego Wschodu), wszyscy w turbanach, ubrani jak na biegun polarny i przez około dwie godziny (widziałem ich każdorazowo przy wysiadaniu z wyciągu) stali w miejscu i z niedowierzaniem w oczach dotykali rękoma śniegu, ciesząc się przy tym jak dzieci :). Domyślam się, że śnieg to dla nich samo w sobie egzotyczne zjawisko, a co dopiero latem :) Jedynym minusem na Hintertuxie było to, że nagły opad śniegu był szokiem dla wszystkich, a co za tym idzie także dla ratraków odpowiedzialnych za usypanie hop i przygotowanie elementów freestyle'owych w jednym z najlepszych snowparków w austriackich Alpach. No i sobie zbytnio nie poszaleliśmy, bo nim się dało do czegoś rozpędzić, tudzież wjechać na halfpipe, deska automatycznie zatrzymywała lub zakopywała się w głębokim śniegu. Na stromej trasie oczywiście było to zaletą :). Następnego dnia wybraliśmy się na inny lodowiec - Stubai. Tam panowały podobne warunki jak na Hintertuxie, ale już następnego część tras była uklepana przez ratraki. Ale to nie dla snowboardzistów :). Ostro sobie pojeździliśmy po terenach freeride'owych, z dala od wyciągów i oficjalnych tras, a było w czym wybierać, w dodatku po dziewiczym półmetrowym puchu. Naprawdę rewelacja!! Trzeba było tylko uważać na wystające gdzie niegdzie bryły lodowe, bo w niektórych nietypowych miejscach wiatr poodsłaniał ich fragmenty. Na jednej z naszych tras zmontowaliśmy skoczenke, a później tego dnia znaleźliśmy jeszcze inną o lepszych parametrach i lepiej wybijającą :). Granica wiecznego śniegu Generalnie temperatura utrzymywała się lekko poniżej zera, ale jak wyszło słonce to automatycznie robiło się plus kilkanaście i o jeździe bez kremu oraz okularów lub gogli można od razu zapomnieć, nie tylko ze względu na zdrowie, ale i ogólnie widoczność. Mimo tego, że na snowboardzie spędziliśmy jedynie dwa dni, ale jak na całkowicie wyrwane z kontekstu i pełne wrażeń to myślę, że wystarczająco się najeździliśmy :). Pora udać się do Wenecji.... Wenecja, czyli miasto na wodzie We Włoszech już przy pierwszej okazji zatrzymaliśmy się, aby skosztować prawdziwego włoskiego espresso. Nic dodać nic ująć - czysta perfekcja. Udajemy się w stronę Wenecji i miejsca gdzie można się przekimać. Na szybkiego się rozpakowaliśmy, a pierwszą atrakcją była kąpiel w Adriatyku.. Musze przyznać, że woda w morzu nie była zbyt ciepła, ale i tak nie stanowiło to przeszkody - w końcu nie ma to jak szybka zmiana klimatu następnego dnia po jeździe na snowboardzie :). Dotarliśmy do Wenecji, gdzie jak to w Wenecji, większość uliczek stanowią kanały, którymi pływają gondolki - trochę inne od tych w resortach snowboardowych :). Miasto posiada swój niepowtarzalny klimat, głównie za sprawą sieci owych kanałów (niekiedy śmierdzących...), ale naprawdę klimatycznych. Szczególnie wieczorem. Podobnie jak plac św. Marka (Piazza San Marco), będący głównym obiektem odwiedzanym przez turystów. Ciekawostką jest fakt, że sporo budynków mieszkalnych nie posiada wyjścia na ulicę - można tam dotrzeć tylko łódką - a co jeśli jej zabraknie, a trzeba iść na zakupy? :) Angela, recepcjonistka z naszego hotelu Na mieście można dostrzec sporo sympatycznych Włoszek, ale nam i tak najbardziej przypadła do gustu recepcjonistka z hotelu Angi i jej akcent, gdy tłumaczyła nam drogę jak trafić do baru na rowerze :). Swoją drogą, piwo mają dość drogie (€5, w zależności czy jest to Wenecja lub poza miastem, dostaniemy małego lub dużego bronka). Jeśli chodzi o włoskie kawy, to najbardziej przypadło mi do gustu Cappucino, czyli espresso ze spienionym mlekiem, szczególnie serwowane wraz z pożywnym śniadankiem. Kolejnym i za razem ostatnim etapem naszej eskapady jest wizyta w południowych Niemczech, tuż przy granicy szwajcarskiej nad jeziorem Bodensee. Dość losowe miejsce? :) Akurat w tym czasie moja siostra Luiza tam przebywała u niemieckiej rodziny w ramach wakacyjnego programu wymiany. Panuje tam spokój i harmonia, a do tego mamy gigantyczne jeziorko tuż pod nosem. Jakiś tydzień przed naszym przyjazdem, gdy Luiza wraz ze znajomymi z wymiany pływała żaglówką po jeziorku, wezbrała się spora wichura i wszyscy wylądowali w zimnej wodzie (poniżej 10˚C) . Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale o wydarzeniu nawet napisała lokalna prasa. Niestety czas nie pozwolił nam na chociaż chwilową wizytę w Szwajcarii, ale to akurat może poczekać na wyjazd z większym budżetem :). Wenecja Podsumowując - można śmigać na snowboardzie cały rok, a do tego przy odrobinie szczęścia w idealnych warunkach . Mimo faktu, iż osobiście preferuję tanie państwa, które pozytywnie zaskakują ceną do jakości, myślę jednak, że cała Europa środkowo-południowa jest warta uwagi, chociażby ze względu na lodowce :) Zapraszam do obejrzenia fotek Kilka informacji: Termin wyjazdu: Lipiec 2004 Czas trwania: Tydzień Dzienny skipass (poza sezonem): ok. €32, zależy od lodowca Całkowity koszt wyjazdu: ok. €400, ale da się spokojnie ograniczyć o 20-30% ze wcześniejszym zaplanowaniem wyjazdu Views: 3512
Written by hah, on 10-02-2008 21:21
|
|
- Aby dodać swój komentarz wypełnij poniższe pola
| |