NowościRelacje z podróżyGaleria zdjęćESA SnowboardZabijacze czasu
 
Menu
Nowości
Relacje z podróży
Galeria zdjęć
ESA Snowboard
Zabijacze czasu
Podróże
Nevada & Arizona
California summer
Norwegia na pieszo
Snowboard na Elbrusie
Ukraina
Nowy Jork i okolice
Litwa i Łotwa
Snowboard latem
Beskid Żywiecki na bike'u
Praga
Galeria
Wszystkie
Imprezy
Podróże
Różności
Nowości
Fotosy
Ostatnio dodane
Najpopularniejsze
Ostatnie komentarze
Ostatnio oglądane
Żywiec na bike'u
Oceny: / 6
KiepskiBardzo dobry 
17.03.2007.

Beskid Żywiecki na rowerku

Trasa: Beskid Żywiecki - Beskid Śląski - Kraków

Idealnie na styk
To się nazywa wykorzystanie bagażnika
    Właściwie to trudno określić jaki to był Beskid, bo jeździliśmy w zasadzie wszędzie po lokalnych górach i mniej lub bardziej znanych mieścinkach. No ale zacznę od początku. Pomysł wyjazdu rowerowego w polskie góry pojawił się, gdy po obfitych w jazdę na rowerze wakacjach postanowiliśmy pośmigać w bardziej wymagającym terenie. A przy okazji zobaczyć coś nowego. Poza sezonem snowboardowym raczej żadne góry nie były mi w głowie - do teraz. Ten wyjazd ma na celu trochę podreperować kondycję, poznać uroki zdrowego trybu życia (postanowiliśmy - zero alkoholu) i podziwiać piękno natury. No to jedziemy. Nasza ekipa to Mati, Tost, ja oraz Pawełek, którego autem jechaliśmy. Wyjazd rozpoczęliśmy w Poznaniu i wraz z jednodniowym postojem u Tosta we Wrocku dojechaliśmy do miejsca docelowego, a mianowicie malutkiej chatki-altanki, którą po znajomości udostępnił nam wujek Pawełka. Mieszkaliśmy w miejscowości o nazwie Brenna, która była dość strategicznie położona, bo wiele interesujących miejsc znajdowało się w zasięgu jednodniowej wycieczki rowerowej - zapowiada się ciekawy wyjaździk.

Nasz typowy rozkład dnia wyglądał tak: Zawsze

Pod drzewem
Pod drzewem
danego dnia ktoś komu najbardziej zależało, budził resztę i jechaliśmy do pobliskiego sklepiku po poranne zakupy - świeże pieczywo, wędliny, pomidory i inne produkty śniadaniowe. Na ogół miła sąsiadka udostępniała nam czajnik gorącej wody, więc można było też wypić coś na ciepło. Między kanapkami a mapą ustalaliśmy wstępną trasę podróży na dany dzień i z reguły przed 9-ta byliśmy już w drodze. Wybieraliśmy takie szlaki, aby za każdym razem zobaczyć coś nowego, jak najmniej jeździć ulicami oraz aby dało się jechać nie podprowadzając roweru. Z tym ostatnim był problem, bo jednak przeceniliśmy Beskid Żywiecki :) Ale mimo dużego wysiłku i zmęczenia, każda z naszych wycieczek była warta zachodu, wjeżdżaliśmy na okoliczne szczyty, między innymi Czantorię, Klimczok oraz Skrzyczne, a także zwiedziliśmy pobliskie miasteczka takie jak Szczyrk, który był miejscem pośrednim, bo często jechaliśmy potem gdzieś dalej, Wisłę, skąd pochodzi Małysz, stolicę piwa Żywiec, a także Bielsko-Białą, gdzie zjeżdżając z góry jak z buszu trafiliśmy prosto do McDonalda na obiad :).

    Najbardziej wspominam jednak wyprawę do Żywca. Bardzo malownicze tereny, klimatyczne jeziorko ze sporym wyschniętym obszarem przypominającym pustynie, ale także ze względu że była to najdłuższa przejażdżka, a jak się okazało dla mnie i dla Tosta chyba aż za długa i zamiast podążać w tempie Matiego i Pawełka, trochę sobie zlajtowaliśmy, że w drodze powrotnej zrobiło

Nasza ekipa na polance
Nasza ekipa na polance pod Klimczokiem
się całkowicie ciemno, kończyło nam się jedzenie (właściwie to mieliśmy tylko kilka bananów i pół butelki wody), a idąc tylko co jakiś czas rozglądaliśmy się czy zboczyliśmy z drogi, czy jeszcze nią idziemy i gdzie ona w ogóle jest. Nie mieliśmy pojęcia dokąd iść, ale staraliśmy kierować się na górę w nadziei, że znajdziemy tam jakiś nocleg. W okolicach szczytu (Skrzyczne 1257m) spotkaliśmy bacę, który na nasz widok rzekł "Oooo, ale wos noc dopodła!". No i pokazał nam drogę, którą iść do schroniska. Jak już tam dotarliśmy, zdaliśmy sobie sprawę że nierealne byłoby dojechanie tego samego dnia aż do Brennej, bo musielibyśmy wejść i zjechać z jeszcze jednego szczytu :). Na miejscu, po odświeżeniu się (o ile można tak nazwać lekkie opłukanie się i wysuszenie mokrych od potu koszulek suszarką do rąk), usiedliśmy w saloniku i wraz z bacą i paroma innymi turystami sączyliśmy browarki cały wieczór, wysłuchując różnych opowieści :). Następnego dnia wróciliśmy do Brennej i wspólnie stwierdziliśmy, że pora odpocząć - tak więc szybko się zebraliśmy i zrobiliśmy sobie wycieczkę do Krakowa. Dobrze się złożyło, bo jakiś czas wcześniej poznałem przez sieć bardzo sympatyczną dziewczynę - Ewelcię, która mieszka w Krakowie.
Pustynia Żywiecka
Pustynia Żywiecka
    Zdzwoniliśmy się i umówiliśmy na wieczór w mieście na Starym Rynku. Spotkanie wypadło całkiem nieźle :)). Mając przewodnika zwiedziliśmy nocne zakamarki miasta, od czasu do czasu wstępując gdzieś na piwko :) Później nasza przewodniczka poszła do domu a my się zgubiliśmy. W ostatnim otwartym pubie trafiłem z Tostem na stół z szachami co po rozegranej przy browarku partyjce pokusiło mnie, aby następnego dnia kupić sobie na Sukiennicach własne szachy :). Z rana spotkaliśmy się z Eweliną, która pokazała nam jak wygląda miasto za dnia oraz zaprowadziła do wielkiego Aqua Parku, w którym spędziliśmy kolejne parę godzin na różnych zjeżdżalniach - najlepsza z nich to zdecydowanie coś przypominające Kamikaze - totalny odlot, chociaż można nieźle przywalić łbem :)).

    Podsumowując wyjazd, nawet sporo sobie pojeździliśmy, po jednocześnie bliskich i zarazem naprawdę ciekawych terenach, które często się pomija planując wakacje. Myślę, że jeszcze nie jednokrotnie wybierzemy się z rowerami na podobny wyjaździk , może jedynie w ciutkę łagodniejszy teren :) Zwiedziliśmy także Kraków, który jakoś wcześniej nam umknął. Wydaje mi się, że istnieje jakiś dziwny czynnik który powoduje, że mając daną rzecz pod ręką rzadko się z niej korzysta - Ewelina oprowadzając nas po Zamku Wawelskim przyznała się, że ostatnio była tam jakieś osiem lat temu :)

Parę ciekawostek:

  • W Żywcu zgodnie z moimi przypuszczeniami, wszędzie sprzedają Żywca :)
  • Na dobrej beskidzkiej asfaltówce na rowerze bez problemu można się rozbujać do ponad 70km/h
  • Gdy trzeba się kąpać w zimnej wodzie, najlepiej zastosować terapię szokową, gdy ktoś inny wylewa na Ciebie wiadro zimnej wody, a potem drugie do spłukania. Inaczej może to trwać znacznie dłużej :)

Kilka informacji:
Termin wyjazdu: Wrzesień 2003
Czas trwania: Tydzień z hakiem
Całkowity koszt wyjazdu: 400-600 zł


Views: 1464

  Komentarze (3)
Written by Tost, on 17-03-2007 14:29
A tak.. to był elegancki wypadzik. W sumie to niektóre rzeczy wyleciały mi z głowy :-) 
Zapomniałeś tylko wspomnieć o bacy, którego spotkaliśmy na szlaku i który powiedział: 
\'Ooo tam je wyrwa i bedzie wam dziwnie\'
Written by mati, on 17-03-2007 17:17
"ooo ale tam je wyrwa i bedzie wom dziwnie na tych rowerach" to byl dobry tekst z drugiej strony wyrwa nie byla az taka straszna jak np frontflip pawelka miedzy kamienie, gdzie kontuzji doznal jego przedni hamulec. 
 
wyjazdzik byl dobry bym se pojechal tak kiedy jeszcze hmm chociaz w sumie to w 2006 bylem w bieszczadach z bajkiem i tez bylo eleganko, aczkolwiek marta wymiekla i na tarnice nie wjechalismy:) ale z tego co pozniej patrzylismy to nikt nie wjezdzal:)  
 
pozdrawiam mati
Written by pir0man, on 24-01-2008 19:50
Kurde, Radzio, Ty to masz lajf... Ja już dzieci, rodzina, praca, studia się jeszcze kończą... A co do zjeżdżalni w Krakowie, to ja się też na jednej obiłem, to była taka czerwona na zewnątrz i miała nagle silny spad w dół. Ale jaja trzeba było mieć żeby wskoczyć w jedną z tych 2 wewnętrznych. Stoisz na górze, patrzysz w dół i masz wrażenie, że jak skoczysz to nie trafisz w rurę i się zabijesz na kafelkach 15m niżej :P Nie pamiętam nazwy, ale to były 2 identyczne zjeżdżalnie obok siebie. 
 
Pozdro, 
 
Jacek Komasiński

Dodaj komentarz:
  • Aby dodać swój komentarz wypełnij poniższe pola
Name:
Comment:

Code:* Code

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Polls
Nowy Lajcik.net to zmiana na...
 
Random Image
NYC_IMG_1225.JPG
 
top of page
 

(c) 2007 Lajcik.net
Hosting NetShock.pl