Kierunek Ukraina Cmentarz Orląt Lwowskich Trasa: Przemyśl - Lwów - Odessa - Krym (Simferopol, Ałuszta, Jałta) - Lwów - Przemyśl Pomysł wyjazdu na Ukrainę pojawił się już jakiś czas temu. Początkowo miał być to tylko wypad do Lwowa na majówkę, ale niestety nie wypaliło, ze względu na brak chętnych. Na szczęście w końcu udało się zebrać parę osób na taki wyjaździk na początku września 2006 Zebraliśmy się w piątkę znajomych: Ja, Ant wraz z Karoliną, Pisi oraz Tostu. Dobrze się złożyło, bo wszyscy dosiadali się w Szczecinie, Poznaniu lub we Wrocku, a nasz pociąg do Przemyśla zatrzymywał się we wszystkich wymienionych miastach. Sama podróż PKP minęła dość szybko, gadaliśmy prawie cały czas o wyjeździe, gdyż nikt z nas wcześniej nie był na Ukrainie. Już w Przemyślu pozytywne wrażenie zrobiło na nas bardzo tanie piwko w pubie przy dworcu (3.5pln), ale to nic w porównaniu do samego dojazdu na granicę Polsko-Ukraińską. Wyglądało to mniej więcej tak: "Ile kosztuje przejazd?", spytany kierowca odpowiedział "Pięćdziesiąt". Trochę zgłupieliśmy i zwątpiliśmy, ale okazało się że to 50gr od osoby, co nas nieco zszokowało, może to jakieś lokalne dofinansowanie dla drobnych przemytników? :). No za 2.5 zł wszyscy dojechaliśmy na granicę do Medyki (jakieś 15 km). Przeprawa przez granicę była dość toporna, ale w zasadzie tylko dla tego, że przez moment nie uwagi nie wiedzieć kiedy z pięciu osób w kolejce przed nami zrobiło się nagle ponad dwadzieścia, ale potem byliśmy już bardziej czujni. Cała przeprawa zajęła może z godzinę. Po stronie Ukraińskiej trzeba było wypełnić jakiś blankiecik z danymi osobowymi i planami podróży, w zasadzie tylko formalność, ale podobno warto mieć to przy sobie i lepiej nie zgubić. Dotarliśmy. Bez problemu znaleźliśmy postój marszutek (tutejszych autobusików), które z resztą należą do najbardziej dostępnych i popularnych środków komunikacji. Za ok. 20 UAH dojechaliśmy do Lwowa. Lwów - duża dawka zwiedzania Znaleźliśmy się w centrum, ale bez najmniejszego pojęcia w którą stronę się udać i gdzie znaleźć jakiś nocleg. Jakiś dziadzio nam polecił dzielnice w której można poszukać noclegu, wsiedliśmy zatem w trolejbus i wysiedliśmy w jakimś losowym miejscu. Po jakiejś godzinie poszukiwań i przepytaniu kilku Menu w McDonald's sklepikarzy, znaleźliśmy nocleg w pensjonacie "Kniaziu". Niestety nie było wystarczającej ilości miejsc, ale udał nam się dogadać, że złączymy trzy łóżka i będziemy spać w piątkę. Zrobiło się dość późno, najwyższa pora uderzyć na miasto. Wsiedliśmy w trolejbusik, w którym spytałem jakiegoś dziadka, czy we Lwowie (i generalnie na Ukrainie) można pić alkohol w miejscach publicznych, zareagował w taki sposób jakby ktoś go spytał, czy można nosić czapkę z daszkiem lub coś równie oczywistego. Coś czuję, że na prawdę spodoba nam się ten wyjazd ;). Pora na zwiedzanie. Lwów to piękne miasto, życie nocne kwitnie, w szczególności na Placu Swobody, gdzie jest idealny klimat na zawieranie nowych znajomości, wypicie czegoś przed impreza czy po prostu spacer i podziwianie lekko przesłoniętej drzewami architektury. Tutaj i w okolicy spędziliśmy znaczną część wieczoru.). Robiąc mały rekonesans i zwiedzając kilka pubików poznaliśmy sporo interesujących ludzi. Nie dało się odmówić wypicia za "przyjaźń dwóch narodów", jeden gościu powiedział "To je dla vas" i jako podarunek wręczył nam flaszeczkę ”Perlova” którą postanowiliśmy razem z nowymi znajomymi napocząć. W sam raz, akurat są moje urodziny :). Był to wtorek, dość późną nocą miasto lekko opustoszało, ale ogólnie nawet ciemne uliczki sprawiały wrażenie bezpiecznych a ludzie, fakt, podpici, ale przyjaźni. Moją opinię o dostępności alkoholu potwierdziło to, że bez względu na to jak bardzo zabity dechami jest jakiś kiosk i tak na bank będzie można tam dokonać zakupu o dowolnie późnej godzinie. Wystarczy zapukać! Następnego dnia ostro zabraliśmy się za zwiedzanie zabytków. Lwów pełen jest przeróżnych rzeźb i pomników, klimatycznych kamienic i urokliwych uliczek. Nie brakuje zieleni, placów oraz większych otwartych przestrzeni przeznaczonych dla pieszych. Zabawna była sytuacja, gdy szukaliśmy drogi na stary rynek, a w efekcie wylądowaliśmy na "Rynok" - lokalnym targowisku :). Udaliśmy się także na cmentarz Orląt Lwowskich, co prawda po zamknięciu, ale udało nam się za dodatkowe parę hrywien wejść. Niektóre pomniki są niepowtarzalne, przedstawiają ludzi w różnych pozycjach, obrazują pewne symbole i często razem z nagrobkiem tworzą naprawdę bardzo skomplikowaną konstrukcję. Byliśmy na Uniwersytecie Lwowskim, gdzie znajdował się pomnik dalszego stryjka Karoliny, który kiedyś był tam rektorem. Niezły zbieg okoliczności! Na obiad udaliśmy się do polecanego przez parę osób baru "Hit". W miłej atmosferze i nowoczesnej stylizacji można skosztować ukraińskiej kuchni. Trochę drogo jak na Lwów (ok. 30 UAH za posiłek), ale wyżerka jest konkretna :). W międzyczasie wpadliśmy jeszcze na dworzec kolejowy aby kupić bilety do Odessy. Wieczorem udaliśmy się do klubu Millenium, w zasadzie najlepszego i najbardziej wylansowanego w mieście. Podejrzewam, że klub zawdzięcza sukces polityce cenowej - dziewczęta za free, a kolesie po 20-40 UAH w zależności od dnia tygodnia. My byliśmy w środę i musze przyznać, że wszyscy byliśmy zaskoczeni na plus. Klimat, dobra mooza i jeszcze lepsza atmosfera na zawieranie nowych znajomości. Ogólnie sporo ludzi ma jakieś polskie korzenie, a dogadanie się po naszemu nie stanowi aż takiego problemu. Impreza do późnych godzin, taxa, hotel, kima. Dziś ostatni dzień we Lwowie, pora ruszyć w głąb kraju. Warto wiedzieć, że dworzec to "wokzal", bo tego nie kumają i mieliśmy spore z tym początkowe problemy, podobnie jak z pytaniem o drogę na plażę :). Ogólnie pierwszy etap wycieczki pełen pozytywnych wrażeń i dobrego nastawienia na dalszą część. Odessa, podróż w czasie Schody w Odessie Pociąg ze Lwowa do Odessy jedzie ok. 12h, ale bardzo wygodny przedział, mnóstwo tematów do rozmów, gry pociągowe oraz zapas browarków i dwie flaszeczki czynią tą podróż błyskawiczną, nawet nikomu nie chciało się zbytnio spać :). Jechaliśmy klasą "kupe", w cztero osobowym przedziale, zamykanym od wewnątrz. W Odessie oddaliśmy bagaże do przechowalni i udaliśmy się na przechadzkę. Pierwszym postojem była Pizzeria, w której poza pizza skosztowaliśmy po raz pierwszy piwka „Bile nefiltrowane”. Zapisany w cyrylicy ten napis wygląda na prawdę śmiesznie. Ma ono nietypowy smak, ze względu na inny proces produkcji. W centrum miasta naprawdę duża mieszanka ludzi, widać napływ ludzi z Bliskiego Wschodu, Mongolii i podobnych rejonów :). Można odnieść wrażenie podróży w czasie do epoki piratów i wielkich wypraw morskich. Spotkaliśmy jednego śmiesznego gościa który robił zdjęcia z małpką dość zakręcony, powtarzał „Friend, friend, lizard” i wyciągał wielką jaszczurkę z torby. Zwiedziliśmy słynne schody do portu, a także sam "Morskij wokzal", gdzie akurat przycumowany był jakiś gigantyczny statek pasażerski. Było piekielnie gorąco, więc pomyśleliśmy żeby nie rozejrzeć się za jakąś plażą. Pomiędzy wodą a kamykami.... Po drodze spotkaliśmy wiele licealistek ubranych według tego samego wzoru, parę z nich stało na warcie przy obelisku. Prawdopodobnie to jakaś szkoła morska czy coś w tym stylu. Po niecałej godzinie (a miało być 15 minut) dotarliśmy na plażę, woda zimna, bo parę dni temu były niekorzystne prądy, tym niemniej i tak się wykąpaliśmy. Słoneczko prażyło, a na plaży pojawiło się mnóstwo dziewcząt w stroju topless, co stanowiło dodatkową atrakcję ;-). Na plaży nie było też problemu ze wzięciem prysznica (1 UAH). W drodze powrotnej kupiliśmy od babuszek krewetki (4 UAH) i podążając za grupką licealistek wsiedliśmy w tramwaj (0.50 UAH) i dojechaliśmy do centrum. Powoli zbliżał się czas naszego pociągu na Krym, a dokładniej do Simferopola, na sam środek półwyspu. Krym, półwysep na Morzu Czarnym pełen rozmaitości Tym razem trochę gorszy standard podróży, gdyż nie było miejsc „kupe” tylko „plackarta”, które są co prawda dwa razy tańsze (ok. 25 UAH), jest to otwarty wagon bez przedziałów. Za drobną łapówką konduktor załatwił nam miejsca sypialne na górze. W sumie nie było źle, czas podobnie szybko zleciał jak w drodze do Odessy. W trakcie poszukiwania wagonu restauracyjnego, po przeprawieniu się przez osiem innych, pociąg akurat się zatrzymał, więc wyskoczyliśmy z Tostem na zewnątrz. To co zobaczyliśmy przeszło najśmielsze oczekiwania odnośnie zakupów w trakcie postoju. Na stacji było z 20 stanowisk obstawionych babuszkami, każda miała do zaoferowania pełen asortyment przepysznie wyglądających ukraińskich potraw. W powietrzu poza zapachem dobrze Pomnik Lenina wypieczonych kiełbasek z grilla unosiły się słowa z których bez problemu można było wyłapać "kartoszku, kartoszku...". Dostaliśmy wypasiony obiad (kotlet, surówki, kartoszki) i do tego piwko za równowartość 6 pln. Mniam mniam... Rewelacja :). W pociągu spotkaliśmy Cezarego Pazurę, który akurat wybierał się na wakacje do Jałty. Spore było zdziwienie ludzi jak zrobiliśmy sobie z nim zdjęcie, nikt inny go nie kojarzył. Z Simferopola podjechaliśmy trolejbusem do Ałuszty, podróż dość długa, bo wszyscy już byli zmęczeni. Po drodze poznaliśmy jakiegoś dziadka szachistę, który twierdził, że jest Grandmasterem (jak Kasparov i może z 200 innych na Świecie). Ałuszta, nasza miejscowość, sama w sobie była interesująca. Bardzo malownicza, położona tuż nad wybrzeżem, w okolicy płaskowyże i górskie krajobrazy. Plaże kamieniste, bardzo dobra widoczność pod wodą. Pierwsze dwa dni był problem z wejściem do wody, miała tylko 13 stopni, ale potem przyszedł korzystny prąd i temperatura wzrosła do 24 stopni. Jest pełno atrakcji turystycznych, jakieś lunety czy robienie zdjęć z przeróżnymi obiektami (np. samochody, zwierzęta, sceny z opery itp), nie brakuje także sprzedawców z jedzeniem i piciem, owoce morza i browarki. Bez wątpienia największą popularnością cieszyło się karaoke, gdzie wieczorami pijani Rosjanie próbowali śpiewać. Nasze lokum nie należy może do luksusowych, ale mamy 3 pokoje do dyspozycji, łazienkę i kuchnie, a to wszystko może z 10 minut od morza. Za dnia plażowanie, nocami imprezki. Karolina przy cerkwi Na promenadzie panuje bardzo miła atmosfera do poznawania nowych ludzi, na ogół są bardzo towarzyscy i rozmowni, chociaż ta reguła nie do końca tyczy się Rosjan, którzy przyjechali na Krym tylko po to, aby wydać trochę kasy i nic innego poza lansem ich nie obchodzi. No ale na szczęście to tylko nieliczne przypadki. Do ciekawszych klubów na pewno warto zaliczyć Robin Zone, lokal w formie szałasu pod gołym niebem, gdzie każdego dnia były inne pokazy, śmiesznie prowadzone :). Ludzie są bardzo towarzyscy i chętnie nawiązują znajomości. Jednego dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę do Jałty, najbardziej wylansowanej mieścince na Krymie. W sumie jest bardzo podobna do Ałuszty, może nieco droższa, ale warto zobaczyć, jest parę interesujących obiektów, niesamowicie wyeksponowany pomnik Lenina w samym centrum tuż obok McDonalda. Do tego znajdzie się parę cerkwi i ciekawie zaprojektowanych restauracji. Woda była ciepła, więc można było się wykąpać W trakcie pobytu udaliśmy się także na Czatyrdach, drugi co do wysokości szczyt na Krymie, a także miejsce inspiracji Adama Mickiewicza w Sonetach Krymskich. Podejście zajmuje około 3h i można wybrać drogę na kilka sposobów i z różnym stopniem trudności. Ze szczytu widać też okazałość góry, malownicze widoki a także dość głęboką przepaść, trzeba być ostrożnym :). Wypiliśmy triumfalne piwko "Bile nefiltrowane" i udaliśmy się z powrotem do Ałuszty. Czatyrdach Ogólnie na Krymie można super się wybawić i wyszaleć, zobaczyć parę interesujących obiektów, popływać i poznać dużo nowych ludzi, a to wszystko jest naprawdę wyjątkowo przystępne. Cały dwutygodniowy wyjazd to około 1200 złotych wliczając wszystko. A teraz dość daleka podróż Podróż powrotna nie należała do najkrótszych - z uwzględnieniem oczekiwania na przesiadki całą nasza podróż z Krymu do Polski trwała około 50h i składała się z: przejazdu trolejbusem z Ałuszty do Simferopolu, pociągiem do Lwowa (24h), autobusem do Przemyśla, który miał gigantyczny poślizg na granicy bo czekaliśmy aż 8 (!!!!) godzin. Po drodze, jeszcze w pociągu z Simferopola kupiliśmy z 5 kilo winogron za jakieś 10 UAH, a także pół wiadra pomidorów (tylko to akurat było na stacji), na innej stacji z kolei zjedliśmy przepyszne pierogi ruskie. Jedzonko jest zawsze ciepłe, a piwo zimne. We Lwowie zrobiliśmy ostatnie zakupy do Polski a także skosztowaliśmy czegoś absolutnie przepysznego Imprezki na Krymie – zielony barszcz (albo raczej "borsz") po ukraińsku. . Początkowo mieliśmy nadzieje, że zdarzymy na pociąg w Polsce około godziny 22 a w efekcie ledwie zdążyliśmy na pociąg o 5 rano.... kolejne dziesięć godzin i jesteśmy w domu. Ogólnie super wycieczka i z czystym sumieniem mogę wszystkim polecić Ukrainę jako idealne miejsce na wakacje :) Zapraszam także do obejrzenia fotek. Parę ciekawostek: - W wielu sklepach do dziś używa się liczydeł, sprzedawcy na targowiskach używają wag, które trzymają w ręku a na tackę np. kładą arbuza
- Po Polskiej stronie granicy jest zaśmiecone taśmą samoprzylepną używanej do podklejania paczek papierosów pod spodniami itp
- We Lwowie kursują autobusy z butlami gazowymi na dachu
- Babuszki są niezastąpione, zapewniają tanie noclegi, jedzenie na postojach i dbają o to, aby piwko podawane przez ich wnuczki było zimne
- Na dworcach kolejowych można spotkać bardzo oldschool’owe rozkłady jazdy. Maszyna wygląda jak jednoręki bandyta i działa mniej więcej tak: Wciskamy przykładowo literkę M, za szybką przerzucają się grube strony, a po kilku sekundach mamy informacje na temat pociągów do Moskwy, Mińska itd.
- Najlepiej wziąć ze sobą dolary lub ewentualnie Euro, bez problemu można wymienić. Najlepsze kursy można uzyskać w zasadzie wszędzie poza bezpośrednim otoczeniem dworca
- Jeśli chcesz zdobyć uznanie sklepikarza nigdy nie kupuj mniejszej ilości alkoholu niż soków czy coli :-)
- Woda w Morzu Czarnym potrafi w ciągu dwóch dni zmienić temperaturę o 10 stopni
- Jeśli komuś nie chciało się czytać całości: Legalne spożywanie alkoholu w miejscach publicznych to rzecz jasna jak słońce :).
Kilka informacji: Waluta lokalna: Hrywna ukraińska (UAH) Termin naszego wyjazdu: Wrzesień 2006 Czas trwania: Dwa tygodnie Całkowity koszt wyjazdu: 1200 zł Kurs waluty (wrzesień 2006) 1 UAH = 0.60 PLN 1 USD = 5 UAH Przykładowe ceny: Produkty spożywcze średnio o 20% tańsze Obiad w "Stołowaju" (restauracja dla turystów) - od 12 UAH Obiad u babuszki na stacji 9 UAH Piwo w sklepie - 2-4 UAH Piwo na imprezie 5-8 UAH Wódka 1 litr - 15-30 UAH Papierosy 1-5 UAH Atrakcje turystyczne (np. samochodziki zderzające się) 5-10 UAH Wstępy na imprezy 0-30 UAH (na ogół 10 UAH) Pociąg "kupe" z Lwowa do Odessy ok 70 UAH Pociąg "płackarta" z Odessy do Simferopolu, ok. 40 UAH Marszutki, połączenia lokalne od 2 UAH do 5 UAH Spanie we Lwowie (hotel "Kniażiu") 33 UAH Spanie u babuszki na Krymie $30 za 5 dni Views: 5844
Written by Ant, on 22-02-2007 15:21 piekne sprawozdanie. az sie lezka w oku zakrecila od ukrainskich wspomnien;) |
Written by Tost, on 17-03-2007 22:41 aahh.. racja racja. łezka sie w oku kręci.. na szczęście już niedługo, bo w kwietniu przejedziemy przez ten piękny kraj w drodze na Elbrus :-) |
Written by Izka, on 18-05-2007 10:50 Cześć w lipcu wybieram się do Jałty. podpowiedzcie jakąś konkretną kwaterę za małe pieniądze i w przyzwoitych warunkach. |
Written by kris, on 19-05-2007 17:52 a baby sa tam tez tanie |
Written by Radziu, on 21-05-2007 22:52 Ogólnie to z kwaterami nie ma co się martwić. Wysiadasz na dworcu czy jakimś przystanku - na 100% będą tam babuszki, a u nich to już można przebierać w ofetach :). My płaciliśmy $6/noc od osoby |
|
- Aby dodać swój komentarz wypełnij poniższe pola
| |